Był potencjał na bajkowe życie. Ale spieprzyłam sprawę. Teraz może być już tylko zabawnie.
środa, 02 stycznia 2008
Noworoczne życzenie

Noc przed sylwestrem miałam bardzo wyraźny, choć kompletnie niezrozumiały sen. W swojej kuchni, zarysowanej dokładnie w każdym szczególe, stałam przy kuchence gotując w wielkich garach jednocześnie dwie zupy – wersje dla mięsożernych i koszerną wersję dla wegetarian. Doprawiałam je, smakowałam, i w pewnym momencie wsypałam do nich dwie różne, gotowe mieszanki przypraw. Niczym wiedźma o północy zamieszałam z rozmachem w pierwszym garze, zamieszałam w drugim, wegetariańskim garze i zobaczyłam nagle przyglądające mi się z niego czarne, błyszczące oczka.

Konik polny, wielki konik polny, może cykada, pływająca bezradnie wśród ziół. W panice wyławiałam szamoczącego się konika chochlą, a ten fragment umysłu, który nie opracowywał strategii ratowania owada, analizował: pewnie zasuszył sie razem z ziołami... to musi działać tak, jak zupki w proszku – niby tylko miałki granulat, ale jak sie zaleje wodą, to pojawiają się fragmenty warzyw, i nawet małe grzanki. Chrupiące grzanki. No a  tym razem pojawił sie konik polny. Żywy konik polny – zdezorientowana, gigantyczna cykada obijała się rozpaczliwie o wąskie ściany kuchni, nakręcając i moją, i własną spiralę przerażenia. Czułam jej serce w swoim gardle, i jej nóżki w swoich włosach.

Rano śmiałam się na głos. Jasne, bardzo lubię swoje sny za ich nietuzinkowość, ale ten to był naprawdę mistrzowsko absurdalny. Na cześć czarnych, świdrujących mnie błagalnie oczek ubrałam się na zielono i przypięłam nawet ohydną broszkę typu es-flores, która dostałam kiedys jako kompletnie nietrafiony prezent od jakiejś ciotki, no ale przy pewnej dozie wysiłku wyobraziłam sobie, że to mógłby być abstrakcjonistyczny archetyp motyla – nic, co było by bliżej konika polnego nie posiadam, a swoje przymierze z owadami koniecznie chciałam zaakcentować. Nawet za cenę uszczerbku na stylu.

Przypomniała mi się Alice. Poznałam ją dawno, dawno temu, w Meksyku, pod koniec swojej wędrówki przez dżunglę. Alice przez pól roku mieszkała w domu w Seattle wraz z dwójką dzieci, a przez drugą połowę gdy dzieciaki przenosiły się do domu ojca – wyjeżdżała do Meksyku w nieustającej nadziei, że kiedys wreszcie uda się jej dotrzeć do Comandante Marcos i zrobić z nim wywiad. Taki wielki wywiad na rozkładówkę Timesa, ze zdjęciami. Alice była starsza ode mnie o 15 lat, i była naprawdę zdrowo szurnięta.

Wśród mnóstwa rzeczy, którymi mnie zaskoczyła, był skrupulatnie wyszywany krzyżykami obraz Clauda Moneta w rozmiarach metr na półtora (zajmowało jej to akurat pół roku), zaproszenie na poranną kawę w dżungli (na wiele lat przez „trzy w jednym” wsypała Nescafe i cukier do słoika, zalała nieprzegotowaną źródlaną wodą i szczerząc amerykański zgryz wyshakeowała to niczym rasowa barmanka) oraz jej skarb największy: hodowany w tekturowym pudełeczku chrabąszcz-nielot, którego miała zamiar przeszmuglować przez granice dla córki. Chrabąszcz żywił się wilgotnym drewnem, skrzydełka miał ozdobione cekinami i sztucznymi, plastykowymi kamieniami, a poza tym przyklejony miał pólmetrowy łańcuszek z agrafką. Chrabąszcz bowiem był lokalnie rękodzielniczo wytwarzaną, nielegalną żywą broszką – przypina się go do bluzki, a on leniwie wędruje na swojej złotej smyczy w górę i w dół ramienia. Im bardziej nielegalny – tym cenniejszy. Im cenniejszy – tym bardziej masowo wytwarzany. Alice nie przyjmowała do wiadomości żadnych uwag. Dotyczyło to również zastrzeżeń moralnych związanych z rolą chrabąszcza w amerykańskim społeczeństwie nastolatków. Chrabąszcz został więc w pudełeczku, a ja wiele nauczyłam się na temat Amerykanów. I Meksykanów. No i oczywiście ekonomi.

Jeszcze raz spojrzałam na srebrzystego esa-floresa. W porównaniu z chrabąszczem wydał mi się naprawdę uroczy.

Popołudniu wpadł Tygrys, z przedsylwestrowym szampanem. Staliśmy w kuchni, popijając szampana ze szklanek, i rozmawiając o planach, nadziejach i marzeniach na przyszły rok. Tygrys jak zwykle ze spokojnym półuśmiechem wodził za mną oczami, podczas gdy ja jak zwykle w pośpiechu skakałam z jedną nogą w pończosze, z drugą ręką w kanapce z serem, w poszukiwaniu zaginionego tuszu do rzęs. Taka juz nas nie-para – mnie koi jego spokój, jego pobudza moja żywiołowość. Ale gdy z pośpiechu kredką do oczu zamieszałam herbatę – równocześnie dostaliśmy ataku śmiechu. Tygrys wycharczał: - Wierzysz, że tym razem Ci się uda z tymi wszystkimi marzeniami? No wiesz... patrząc na skuteczność twoich przygotowań do sylwestrowej  randki zastanawiałbym się, na Twoim miejscu, nad jakąś gwarancją...albo choćby ubezpieczeniem.. od poważniejszych przedsięwzięć... – Ze śmiechu zgięłam się w pół, i zawisłam na kuchence – No wierzę  – wysapałam. – Wreszcie wierzę... – No ale jaką masz pewność, że Ci się uda? Bo wiesz, może lepiej jednak nie wysilać się, wyobraź sobie, że Ci się jednak nie uda – namęczysz się, nadenerwujesz – i dupa. – Już prawie płakałam ze śmiechu, widząc siebie jako bohaterkę mangi, kopiącą z bezsilności ścianę, z grymasem wściekłości na twarzy, wypowiadającą w dymku słowa typu ” Cholera!!! trzeba było słuchać Tygrysa!!! Co ja sobie myślałam!!!” - A on, prawie czołgając się po podłodze, ze łzami śmiechu w oczach kontynuuje - Więc co, jesteś pewna-pewna, że Ci się uda? – A ja w głowie mam tylko absolutną pewność, że wiadomo, że się już wreszcie uda, tylko jak przekonać o tym świat, skoro już tyle razy w życiu tez miałam pewność, że się uda, a jednak się nie udawało. Ale tym razem jest inaczej, i ja wiem o tym, tylko jak ma się o tym przekonać taki na przykład Tygrys?

            I nagle zamarliśmy oboje w półuśmiechu. W sylwestrowy wieczór, w małej kuchni w mieszkanku na Żoliborzu, spod kuchenki gazowej wyleciał oszołomiony, bialutki motyl Kapustnik.

            Serio.

wtorek, 04 grudnia 2007
żółwie wislańskie

Więc ta warszawa ulewa mi się, ulewa warkotem ulicy przez rynnę za kołnierz i wzdłuż kręgosłupa moralnego ścieka do kanalizacji. I tam mogłaby utoną, ale nie, wypływa w Wiśle, gorącą falą tuląc do zimowego snu tropikalne, zdezorientowane pogodą żółwie, porzucone bezmyslnie przez nowobogackich, co wyrastają jak grzyby po deszczu na Tarchominie. Najpierw pierwsze mieszkanko, seksowne 43 metry na patrerze, i egzotyczny żółw, bo akwarium stanowi estetyczną i jakże oryginalną, w świetle bankowych ksiąg rachunkowych, symboliczna formę feng-shui, pisali o tym w Cosmo, żółw na północy - wzmocnienie finansów. Więc żółw pływa na pólnocy, nieswiadom pokładanych w nim nadziei, i naturalnie sobie promieniuje. I wypromieniouje awans dla niej i dla niego też. No to siup! 85 metrów, dwupoziomowe, dwie przecznice dalej, nie, no ale to już zupełnie inny świat - za tak samo zamkniętą bramą tak samo zielonego bloczku stoi bowiem trzech a nie dwóch ochroniarzy, a żeby dojśc do mieszkania trzeba otworzyc trzy a nie dwa domofony, na a na parkingu więcej jeepów niż opli, a w piwnicy nie tylko fitness, ale i prawdziwy basen! Nieużywany, bo mieszkańcy za bardzo są zabiegani, żeby dzis iśc na basen, ale jutro to już napewno.. No ale w 85 metrowym dwupiętrowym taki żółw przestaje być oryginalną ozdobą, staje sie raczej upokarzającym wspomnieniem okresu przynalezności do niższej kasty młodszych inspektorów bankowych.. I któregos dnia żółw wychodzi na spacer, w plastikowej torbie, windą do garażu, samochodem przez Most Gdański na drugą stronę Wisły, ale nie do końca, bo w połowie drogi samochód zwalnia, elektryczna szyba opada, ukradkiem, torba wiruje w powietrzu od nagłego wyrzutu ramion, i szyba podnosi się a ciężka torba opada szeleszcząc uszami, nie zawiązanymi uszami, żeby się żółw nie utopił, biedactwo.. i plusk.

A zagraniczni ekolodzy piszą prace doktorskie rozważając kwestię gwałtownego ocieplenia klimatu na przykładzie spontanicznej migracji trapikalnych żółwi na Północ.. ehhh.. nie znają się na socjologii. A tym bardziej na feng-shui.

poniedziałek, 26 listopada 2007
Komnata

Od czego zacząć? Ja, Annabe; ja, nie: ona - wróciłam.

Odnowiona, odrodzona, odzyskana. Siebie pełna. Świata pełna. Afrykańską konfrontacją urealniona - wróciłam. Znajomym filmy, montowane w nocy, pokazuję, i codziennie rano budzę się w Szarym Kraju myśląć, dla odmiany - jaka ja jestem na miejscu, i w samą porę. Nawet w sam raz jestem, wreszcie. Nareszcie!

..i  zajrzałam do Mac'a. Nie od razu, bo spokojem wypełniona po cebulki włosów sądziłam, że teraz wszystko już jest w porządku. No, skoro i mnie, nawet mnie, udało się dotrzeć do Komnaty, i zaczerpnąc z niej, posmakować..

Słowa. Tak tylko znałam Mac'a. Jego słowa. Wśród bezosobowych znaków, które powiodły mnie ostatnio do odpowiedniego Miejsca, i Czasu - Mac był znakiem osobowym. Pełnoosobowym. Właściwie to jego blog natchnął mnie do realizacji mojego Planu B.

Rozpaczliwego Panu B(y sie nie poddać, żeby nie wiem, co).

Udało mi się.

Mac szedł swoją drogą, wysypaną potłuczonym szkłem, ja - idę swoją, wysypaną żwirem, ale to On, wydłubując okruchy ze stóp śpiewał pieśń, pełną piersią, tymczasem ja użalałam się, wątpiąc.. Zaimponował mi.. ale to mało ważne. Przekonał mnie. Całym sobą, samym sobą, przekonał mnie, że Komnata Spokoju naprawdę istnieje. Żadna książka, czy konsultacja, nie była w stanie tego dokonać. Mac, choć był Słowem - był Człowiekiem. Był Człowiekiem, który Wiedział.

Tu i teraz, dzisiaj, głupio mi.. Za te wszystkie momenty, kiedy rwałam włosy z głowy, szlochając: źle mi, Świecie, źle mi, i niewygodnie, jak możesz!, jak śmiesz!.. Trzeba nam takich ludzi, jak Mac, żeby zrozuzmieć. Chciałam Mac'owi, jako Ojcu Chrzestnemu mojej nowej drogi życia, napisać jak pięknie było w Afryce, i jak pięknie jest w listopadowej Polsce, i jak pięknie jest być mną... nie zdążyłam.

Bałkani mówią, że jesli ktoś oddaje Ci ostatniego papierosa w paczce, to oddaje Ci jednoczesnie jedno życzenie, które się spełni. Dziś dostałam ostatniego papierosa, a życzenie - podświadomie - zostawiłam sobie na później... teraz jest później. Za późno.

Tym życzeniem podzielę sie z Wami, potencjalni anonimowi Przechodnie: obyśmy zdążyli.

Mac -  do następnego..  

21:54, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (2) »
środa, 18 lipca 2007
urodziny

Pochłonięta poznawaniem, zachłyśnięta zachwytem, wyczerpana wyczekiwaniem Annabe przeszła długą wędrówkę wewnątrz siebie. Dziś - wyprana, wyprasowana, domyta, odzuciła skorupę Golluma i przybrała znów swą ludzka postać. Jutro Dzień Odświętny - Prototyp obchodzi 35 urodziny... Annabe świętuje więc, wespół.

Zresztą - rocznic jest wokól wiele. Oto rok Dziewiątki. Annabe czuje tę potrzebę, by istnieć nie tylko dla siebie, by z głębi swej (czasem) niemocy dla innych coś rzeczywistego uczynić.. Annabe spełnia więc swe marzenie - jedzie z misja charytatywną do Afryki, Co wydarzyć sie w zeszłym roku nijak nie mogło - w tym wydarza się samo z siebie.

Nietrudno zgadnąć, że skoro jedno się zdarza, Annabe wierzyć zaczyna, że inne też sie przytafią... jednak to, co rózni TERAZ od WCZEŚNIEJ to spokój, jaki jej towarzyszy wzdłuż (wciąz tak samo) wyboistej drogi.

Co zdarzyło sie przez te dwa miesiące - pojawi się pewnie, z czasem, w esejach, teraz zaś przejawi się tylko w postaci promyka światła: okazuje się, że warto trwać przy swych ideach, nawet jeśli płaci się za nie wysoką cenę. Sporadycznie, ale jednak, pojawiaja się jednostki, które ten wysiłek syzyfowy, docenic potrafią.

A to może zmienić nawet nastawienie do samej siebie.

Annabe jest dośc mądra by wiedzieć, że życie to sinusoida, tym bardziej gdy człowiek jest meteopatą i w ogole boryka się ze słabościami, które innym nie zaprzątają uwagi. Korzystając z zasobów zgrodzadzonych przez Prototyp wie, że w górę, i na dół, falowanie i spadanie... Ale wie, że też, że ten rok - Rok Dziewiątki - ma znaczenie kardynalne dla całego Procesu. I wie już, że czary słuszne odczyniła, a Koło zatacza swój Krąg. I wie już, że SPADANIE nigdy juz nie będzie takie, jak dotąd. Bowiem określiła wreszcie DNO. I teraz potencjalne spadanie będzie już... bezpieczne.

Prototyp dawno temu rzuciła na życie kilka klątw.. Niestety skutecznych. Na szczęście Prototyp była w tym wszystkim krótkowzroczna, i  większością z nich nie sięgnęła poza 35 rok życia. To daje Annabe wolną rękę i spore pole działania. Jedyną długofalową klątwą jaka Prototyp zaprogramowała było to, że plany życia rozłożone są na 75 lat aktywnego życia... Jutro Annabe zostaje Królową. Królową kolejnych 35 lat.

Życzcie jubilatce wszystkiego najlepszego!

23:33, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (1) »
środa, 16 maja 2007
słów gatunki różne cd..a odpowiedzialność

Czasem słowa pojawiają się właśnie po to, by zabrzmieć. Zagrzmieć i przebrzmieć, odciskając jednak swój ślad.. To kolejny gatunek słów. Gatunek nowoodkryty.

To porównanie może dziwne, ale można to odnieść do muzyki na żywo, która pojawia się z tego samego powodu: chodzi o to, by zabrzmiała, a emocje muzyka mogły się ujawnić, tu i teraz. I nie ma, że to pomyłka, zabrzmiało fałszywie, trzeba naprawić.. Annabe to wie. Pracuje w agencji koncertowej. Muzyka na żywo nigdy nie fałszuje, nawet jeśli fałszuje muzyk. Muzyka na żywo jest najszczerszą rzeczą,  jaką Annabe w życiu obserwuje.

I takie właśnie są te, tutaj, wpisy. Choć są efektem długich przemyśleń, to jednak wtedy, gdy się pojawiają - są również odzwiercierdleniem chwili, ukoronowaniem pewnego procesu, który dojrzał. Ale życie trwa nadal, a proces się nie kończy. Nie, nie.. to nie koniec. Annabe uczy się dalej. Podsumowała uczucia, które przypominają może ścięte pąki owocowych drzew w parku pod oknem. Ale te słowa.. własnie tu Annabe pisze słowa, które są rozmową ze sobą, choć okazuje się, że są również rozmową z Uczestnikami. Ich intencją jest Zrozumienie. I pewnie dlatego, że są aż tak nagie, budzą tak gwatłwne reakcje, również samej autorki..

Wczorajsze, kująco szczere słowa, tak mocne w wymowie, echem swojej wibracji zdominowały dzisiejszy dzień. Od rana Annabe myślała: to straszne, to strrrraszne, straaaaaszne! Nie ma się co oszukiwać - w złotą rybkę nie da się już uwierzyć, ale w coś przecież jednak wierzyć musi, skoro z życiem nie kończy, i kończyc wcale nie chce! Dlatego przecież podejmuje próbę, znów ją podejmuje!

Wstrząśnięta własnymi słowami Annabe zrozumiała, że jednak ma marzenia. Na początek takie właśnie "marzenia małego zasięgu". Żeby odzyskać wiarę w to, że można mieć prawo do marzeń i do prób ich spełniania, i to bez udziału złotej rybki. Dlatego spieszyła się, by o godzinie 0:00 oświadczyć: nie umarłam !!! Powiedzieć sobie prosto w oczy: tym razem dasz radę, dziewczyno. Nie dlatego, że jesteś niezniszczalnym skautem, jak chciał Tata. Nie dlatego, że umiesz pozorami zagłuszyć prawdziwą siebie, jak Mama. Dasz radę dlatego, że jednak wierzysz, że masz prawo uwierzyć, skoro wierzysz, że chcesz iść dalej.

Dzisiejsze oświecenie, czy może: bezlitosna pobudka - przyniosłby pewnie swój efekt. Jednak komentarze.. to trudne do opisania. Bezinteresowość Waszego uczestnictwa w tej historii jest bezcenna i niepowtarzalna. A Wasza obecność jest, choć (albo dzięki temu), że anonimowa - to jednak (może: tym bardziej) dopingująca. Nie zmieni z pewnością perspektywy odczuć, które - tu - pozostaną subiektywne i bezbronne; w przedziwny, elektro-magiczny sposób umacnia jednak wiarę w to, że Annabe jest. A w domyśle - ma prawo bytu.

Annabe nadal nie będzie cenzurować procesu dojrzewania planu B. Słowa rosnąć będą w siłę na miarę autorki. Czyli - różnie. Z pełną odpowiedzialnością reportera, który, po prostu, musi pozostać szczery, sam ze sobą,  nawet jeśli później musi złożyć oficjalne przeprosiny za popełniony błąd w osądzie sytuacji.

Annabe zrozumiała, że popełniła błąd w ocenie sytuacji. Za niezaplanowany, powstały sztorm emocji przeprasza wszystkich..

..przede wszystkim jednak: dziękuje. Za wskazanie palcem tęczy, która nie pojawiłaby się, gdyby nie burza ale, którą czasem można przeoczyć, chyba że wskaże ją uważny palec..

00:33, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 maja 2007
Annabe i marzenia

Teoria zmarszczek na wodzie, czy tam skrzydeł motyla. Jedno pobieżne spotkanie, zaledwie jedna godzina rozmowy z obcym Dr. Psychol, a potem.. tydzień poskręcanych przemyśleń. I kilka kartek pytań w ramach pracy domowej. Prostych, podstawowych pytań, z których najtrudniejsze okazało się to o marzeniach. Takie proste: napisz, czego pragniesz.

No, Annabe, jak tam twoje marzenia?

Szuka w głowie, szuka...marzenia?..hmm. Prototyp miała marzenia. Chciała zostać pisarką, i z twarzą owianą szlachetną zadumą w słowach rzeźbić swoją mądrość. Chciała mieć mały domek z wielkim ogrodem gdzieś na cichej wsi, z kochanym mężczyzną, bystrym bachorkiem, kozami i piecem ceramicznym, gdzie - we współpracy z przyrodą - leczyłaby dusze zmęczonych miastowych regenerujących się po kolejne dawce swojego zagmatwanego życia, budując jednocześnie Dom Rodzinny dla komuny krewnych i przyjaciół. Przede wszystkim zaś chciała odnaleźć i pięlegnować Miłość. Chciała też podróżować po Afryce, na wiele miesięcy zniknąć z tego świata i dać się porwać wielbłądom gdzieś w środek pustynnego obłędu, tak pięknego jak u Bertolucciego, a potem wylądować w dżungli i własnymi rękami zbudować szkołę dla małych tambylców, zaprzyjaźniając się dziką panterą, albo jeszcze lepiej z żyrafą. Chciała walczyć o ideały, w które wierzyła, że: peace love freedom understanding. Że rzeczywistość można i trzeba zmieniać na lepszą. Że warto działać na rzecz przyszłych pokoleń, bo świat jest i będzie cudem, a każdy dzień - darem od hojnego, choć anonimowego darczyńcy.Chciała zrobić wielkoformatową, kolorową mozaikę w przestrzeni publicznej w Warszawie, żeby choć trochę ją uhumanizować, a przede wszystkim: mieć za co ją polubić. Chciała żyć pięknem i chciała żyć ze sztuki, która w dodatku ma ideologiczną podstawę. Chciała robić ważne, malutkie rzeczy dla nieszczęśliwych, malutkich ludzi. Chciała wieść ciekawe, niestandardowe życie wypełnione w każdej sekundzie czymść dobrym i ciepłym. Prototyp miała wiele marzeń..

Annabe natomiast patrzy i nic nie widzi. Annabe pamięta tylko, że z tych marzeń, które Prototyp spróbowała zrealizować, zostały emocjonalne zgliszcza porażek, i/lub zasieki długów. No i gorycz, której smaku wciąż, po latach, nie może wypłukać z ust. Gorycz, która płynie z.. litości w spojrzeniu Tych, Którzy Mówili To się nie uda, co Ty robisz?!. A mówili tak nie raz, bo szalona Prototyp wiele swoich marzeń próbowała zrealizować. Zawsze z tym samym poniżającym skutkiem. Annabe pozostała więc w spadku niewiara.

Słowo "niewiara" sugeruje, że można znów wrócić na stronę wiary, wymaga to tylko dobrych chęci. Jednak okazuje się, że powrót jest bardzo trudny. Annabe patrzy i nie może odnaleźć drogi wstecz, choć tak uparcie szuka. Sparzony trzeciego stopnia nie wkłada przecież ręki w ogień. Annabe nie wie, czy kolejne marzenia mają szansę się spełnić. Skoro do tej pory nie udało się spełnić chocby jednego..to może marzenia w ogóle nie są po to, by je spełniać? A może po prostu Annabe nie wie, jakie marzenia marzyć, żeby miały szansę się spełnić? Ale patrzy na innych i dostrzega, że ich marzenia - choć czasem takie same jak i jej - dochodzą do skutku.. więc to jednka nie jest wina marzeń.

Czego więc pragniesz, Annabe?

Miłości?...Poraniona nieudanymi eksperymentami nie wierzy już w to, że w tym wieku można pokochać, z wzajmenością, i z opcją wspólnej dalszej drogi. Może się zgodzić ze zdaniem, że można miłość znaleźć, ale...dorosłe życie jest skomplikowane, więc można znaleźć a potem trzeba z pokorą minąć, przejść obok, bo żona, dzieci, bo świat, bo...życie nie jest amerykańskim filmem. Annabe śledzi taką historię na blogu i stara się uczyć na czyichś doświadczeniach... Annabe wręcz boi się spotkać miłość, bo jeśli musiałaby umieć dać jej wolność.. Ludziom przed czterdziestką nie zdarzają się romantyczne happy endy. To właśnie mrzonka, a nie marzenie..

Domku na wsi?.. samotna kobieta i remont, dojenie kóz, zwożenie siana, naprawy rynny i stawianie wiatraków..Nawet jeśli udałoby jej się to zrobić, to etykietka szalonej starej panny z miasta, co wyprawia takie rzeczy...taka opinia wśród miejscowej ludności szybko by ją zabiła.Takie marzenie to siekierka, stryjek, kijek i słońce razem wzięte. Takie marzenie to samobój. Annabe nie ma siły na samobóje.. Nie ma też jednak nikogo, z kim mogłaby spróbować to marzenie zrealizować.. Chyba że da ogłoszenie Wspólnika/wpólniczkę do partnerstwa w biznesie domowym poszukuję, na stałe. 

Wyjazdu do Afryki? Ten z pomysłów wydaje sie najbardziej realny, o przewrotności życia, a i tak pietrzą się trudności: skąd wziąć pieniądze? Najpierw jeszcze hektary długów do spłacenia..a potem - i tak nie ma z kim pojechać. W taką podróż wyrusza się wielkim przyjacielem. Poza tym lata płyną, a Annabe nie młodnieje..Zresztą co: rzucić to wszystko, wyjechac na wiele miesięcy, a potem wrócić do niczego? A po powrocie żyć z kolejną naklejką - outsiderka? co ona robi? Po co jej to było? Co to zmieniło? Znów dzielnie znosić te obmowy, i krytyczne szepty? Annabe nie ma już siły walczyć ze wszystkimi o prawo do własnego życia, i własnych wyborów. Tym bardziej, że sama nie ufa swojej intuicji...tyle razy ja zawiodła..tyle razy. 

Sztuka?..okazuje się, że sztuka była taką samą ucieczką przed pustką, jak telewizor. Albo alkohol. Coś, czym zapełniasz czas, utrzymując pozory zachowywania resztek godności. Zresztą Annabe wyschła, i nie rodzą się w niej już pomysły. Artystyczna menopauza.

Tak oto Annabe odkryła w sobie żółć. Zgorzknienie. Woda drąży skałę. Wieloletnia seria niepowodzeń zmusza do wycofania się ze swoich kolejnych planów; do poddania się. A Annabe zastanawia się: czy jeśli dusza raz zwiędła, to czy ma jeszcze jedną szansę, by puścić świeże pędy?

Jeśli Annabe miałaby poprosić złotą rybkę o życzenie to najpierw byłoby takie, żeby odzyskać swoje marzenia. A drugie: żeby znów uwierzyć, że czasem mogą się spełniać. Trzecie oddałaby na aukcję charytatywną.

Tylko tyle, że Annabe nie wierzy już w złotą rybkę.

W potęgę afirmacji i siłę sprawczą modlitwy też już, zresztą, nie. Jest przecież pewna granica absurdu naiwności..

00:04, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 maja 2007
Annabe i zaskoczenie

W samej definicji słowa zaskoczenie jest zawarta cała ta nieoczekiwaność zdarzenia, nieprzewidywalność.. można dyskutować, czy późniejszy efekt zdziwienia jest miły czy nie, zdarza się przecież i taki, i taki, ale sam moment zaskoczenia jest niezmiennie ..hmm..  miękki..dezorientacja i niepewność. Prototyp zazwyczaj bywała zazwyczaj zaskoczona ludźmi; ich powierzchownym podejściem do spraw, skrajnym niezrozumieniem sedna, ich niewrażliwością, małostkowością, brakiem zaangażowania w to, co uniwersalne i ponadczasowe. Dawała się też zaskakwiać Światu: że taki niesprawiedliwy, właśnie wtedy, gdy z całych sił chce się wierzyć, że jest pewny i stabilny, ostatecznie zrównoważony, a tu kolejna zniewaga, i proszę: znów klaps; że taki nieczuły: człowiek się stara, wypatruje w potrzebie magicznych znaków które wieść mają tajemnie do Krainy Spełnienia, a tu: nic, rutyna, nudy, żadnych znaków, żadnych zmian, żadnej podpowiedzi, głucha cisza i napis: critical system error, i radź sobie sama, dziewczyno. Czasem, choć dużo rzadziej, Protoryp bywała też zaskoczona niespodziewaną - ciepłą, dla odmiany - reakcją ze strony całkiem, a jakże, niespodziewanej. Cóż z tego, skoro i tak wierzyla, że to tylko pomyłka. Odprysk życzliwości który w zamierzeniu mial dotrzeć gdzie indziej, albo co gorsza - wymsknął się przypadkiem, a w ogóle to i tak na wszelki wypadek na to nie zasługiwała. Im była starsza, tym bardziej utwierdzala sie w przekonaniu, że zaskoczenie jest jednak zdecydowanie nieprzyjemnym uczuciem, klarownie pejoratywnym, w założeniu.

Annabe zaś...cóż...Annabe bazując na tych doświadczeniach postanowiła na wszelki wypadek po prostu nie dać się zakoczyć. Nie oczekiwać, uzbroić się w stoicki spokój, szczelnie otulić płaszczem dystansu i nie reagować emocjami, żeby nie wiem co. Szlachetne to postanowienie, poparte żelazną siłą posiniaczonej woli jawiło się jako rozsądny sposób na rozwiązanie problemu. Buddyzm, stoicyzm, tysiące lat doświadczeń.. odpowiednio zaadoptowane do aktualnych warunków muszą prznieść sukces. I ukojenie. Przecież muszą. Pokora i dystans. I zadziała. Jakże się zdziwiła, gdy w praktyce okazało się, że to rozwiązanie jest zaledwie semantyczne, ot, kolejny wybieg racjonalnego umysłu by mieć poczucie władzy. Choćby nad sobą.

Annabe dotarła dzis do Dr Psychol. Tym razem nie stchórzyła. Nie wycofała się w ostatniej chwili, jak to miewała dotąd w zwyczaju, w przeróżnych zresztą sytuacjach. Siedziała w poczekalni, i z każdą chwilą nabierała coraz większego przekonania, że skoro przerobiła już tę rozmowę w głowie tyle razy, skoro przez lata przeczytała te wszystkie mądre książki, zdiagnozowała u siebie konkretne zaburzenia i niespójności, to cóż może wnieść ta rozmowa? Jakie tajemnice przyczyn-reakcji może jeszcze po latach uwajnić, skoro wlasciwie wszystko i tak jest jasne? Przecież sama wie, o co chodzi, i tak naprawdę nie wie tylko, JAK wprowadzić zmianę.. Szczerze mówiąc nie wyszla tylko dlatego, że brakowało jej właśnie tego JAK.. zwykłego narzędzia do wprowadzenia zmian.

I dziarsko weszła do gabinetu. I uścisnęły sobie dłonie, usiadły na przeciw siebie, uśmiechnęły się nawzajem i padło pierwsze pytanie: Jaki ma Pani problem. I wtedy znikąd nadeszło Zaskoczenie. Z tych, o których absolutnie nie wiadomo, czy są miłe, czy nie miłe. Właściwie to ani miłe, ani nie miłe, tylko.. zaskakujące. Miękkie, niepewne i nieprzewidywalne. Z zastygłym grymasem dzierskiego uśmiechu na ustach Annabe po prostu zaczęła płakać. Od pierwszego zdania. Od pierwszego oddechu. Była tym tak zaskoczona, że nawet nie próbowała się powstrzymać. Odpowiadała, opowiadała, przez godzinę powtarzała słowa, które wypowiadała wcześniej tyle razy, na kartce, na ekranie, słowa które znała jak własny hymn nieszczścia, które recytowała już przecież patrząc w oczy przyjaciela - i nieprzerwanie płakała. Nie szlochem spazmatycznym, nie histeryczną zadyszką, lecz równomiernym, spokojnym płaczem bezsilności. A może ulgi?

Nie dostała do ręki Narzędzia, zresztą nie oczekiwała, że je dostanie przy pierwszej wizycie. Przypuszczała, że to bedzie trochę jak przegląd techniczny: tu działa, tam poprawka, a tu cały moduł do wymiany. I teraz zostawiamy samochód w serwisie, długo stukamy, pukamy, dokręcamy, a potem zjedżamy z rampy i dalej jazda. Ale to spotkanie miało jednak swoją wartość, i to własnie okazało się zaskoczeniem.

Po pierwsze okazało się, że wartośc słów i ich znaczenie nie leżą tylko w nich samych; wagę nadaje im Intencja, w jakiej są wypowiadane. Słowa na kartce okazały się echem. Zniekształconym odbiciem pychy, która pozwala wierzyć, że jest się już takim mądrym. A może jeszcze inaczej: te słowa właściwie są pytaniem. Pisząc tak właściwie pisała czy to możliwe, żeby to było to?... Słowa na kartce zawsze można wykreślić. Podrzeć, wyrzucić, spalić, zapomnieć. Słowa na kartce są przejściowe. Słowa wielorazowego użytku.

Te same słowa wypowiadane przy przyjacielu są już inne - słowa użytku jednorazowego, rzeczesz - i pooooszło, klamka zapadła, kości rzucone, niczego nie cofniesz. Odkrywasz karty i pokazujesz swoją słabośc. Prototyp nie wierzyła w to, że jest słaba. A jeśli już gdzieniegdzie tę słabość dopuściła - to wyłącznie w czasie przeszłym i wyłącznie w celu czerpania z niej nieograniczonych doświadczeń, które wzmacniają do nadludzkiej wręcz skali, więc w rezultacie punkt pierwszy: nie jest (już) słaba. Słowa wypowiadane do przyjaciela były więc zawsze nieco szydercze, jakby Protoryp z niedowierzaniem opowiadała jakież to błachostki zaiste niewarte uwagi męczyły ją kiedyś, lecz - na szczęście! - już z tego wyrosła. Może cos tam jeszcze lekko ją szczypie, ale to już końcówka, już za chwilę będzie po wszystkim, i pięknie. I tylko ten Świat taki wredny, i ludzie jacyś nie tacy, i dlatego Protoryp wciąż cierpi.

W konfrontacji z Dr Psychol słowa nabrały jednak innego wymiaru. Mówisz je, a Twoją intencją staje się: uwolnić się. Wypowiedzieć je, ostatni raz, i niech teraz ktoś inny sobie z nimi radzi, niech je sobie weźmie. Annabe poczuła to dokładnie. Wyrywała z siebie obrazy i oddawał je Dr Psychol w prezencie. Nie dla współczucia - Annabe tego nie potrzebuje. Nie dla zarysowania intymności i szczerości - na Boga, Annabe nie chce żadnej bliskości z terapeutką. Nie dla podrasowania własnego poczucia  wartości - Annabe przyszła, ponieważ przyznaje sie do słabości i zagubienia, więc o żadnym poczuciu własnej wartości mowy nie ma!

Dla kogoś, kto żyje dzięki słowu, kto dla słowa tak wielki ma szaunek, taka konstatacja jest rewolucyjna. Tak, słowa mają moc, ale ich prawdziwe znaczenie rodzi się dopiero wraz z tym, do kogo je kierujesz!

Po drugie: Annabe zdała sobie sprawę z tego, że przez te wszystkie lata starała się rozwiązać swoje emocjonalne problemy właśnie na płaszczyźnie intelektualnej, i nawet tego nie zauważyła. Ha! Toż dopiero zaskoczenie! To narzędzie, którego poszukuje, to serce! Niewielu zrozumie absurd tej sytuacji. By go dostrzec, trzeba sobie najpierw wyobrazić kobietę nademocjonalną, przerważliwioną, łatającą wszystkie dziury we wszystkich napotkanych na drodze misiach, odratowane na wpół ugotowane żółwie z chińskiej zupy, przygarnięte porzucone psy i koty, niespełnieni artyści, niezrozumiane przyjaciółki, mężczyźni z historią, łzy wzruszenia na filmach, przy książkach, kilkudniowy rozstrój nerwowy po rozmowie z uroczym, biednym, drżącym staruszkiem na ulicy, przygniatające poczucie winy po spotkaniu z dziećmi z bidula. Kobietę, której podstawą, osią istnienia jest emocja. Kobietę, która czyta Mądre Księgi, a tam napisane: musisz wybaczyć oprawcom. Więc siedzi Protoryp i zapisuje kolejne zeszyty zdaniem: wybaczam swoim oprawcom krzywdzy mi uczynione, wybaczam im wybaczam, wybaczam całym sercem. Czy teraz absurd jest bardziej czytelny?

Taa.. Annabe dała się dziś zaskoczyć jak jasna cholera.

21:42, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 maja 2007
Annabe i zawsze

Zawsze to takie wredne słowo, które trudno wyplenić z życiorysu. i jakkolwiek mocno by się człowiek starał - zawsze wraca, przeklęte, jak zaklęte. Prototyp na przykład zawsze wychodziła na pierwsze słońce z silnym postanowieniem, że się będzie stopniowo z nim oswajać, i ze względu na lata oraz wytyczne najnowocześniejszej kosmetyki uważać będzie na UV. Jednak to pierwsze słońce jest tak leciutkie i tak wytęsknione, że Annabe ani się obejrzała, a po raz kolejny znów spaliła się na czerwony węgiel. Czerwony węgiel to chyba żar, ale czy można się spalić na żar?.. jak zwał tak zwał - i tak wiadomo, co ma na twarzy. Żarówkowy kolor.

Są jeszcze inne zawsze, które Annabe dostrzegła dziś we wspólnej pamięci, leżąc na słońcu.. jeszcze zanim dostrzegła na twarzy to z nich, które jest aktualnie czerwone. Zawsze na przykład płata przyjaciołom tego samego figla. Kiedy robi się na prawdę źle - a dzieje się tak mniej czy bardziej z tego względu, że czuje się samotna - wówczas jeśli w naturalnym odruchu przyjaciele próbują ją wesprzeć, okazując bliskość, ona wtedy właśnie się przed nimi najbardziej wzbrania, wyrzucając ich bezpardonowo zdecydowanym kopem poza nawias swojej emocjonalnej przestrzeni. Lata doświadczeń pokazały, że to nad wyraz skuteczny sposób na to, by wyrobić sobie opinię dzikusa i dziwaka, oraz eliminować w zarodku możliwośc zbudowania jakiekolwiek uczucia zaufania do kogokolwiek. Dość znaczący mankament na drodze do budowania bliskości...

Zawsze też bardziej angażowała się w sprawy na zewnątrz niż w te wewnątrz siebie, które przecież od zawsze głośno domagały się uporządkowania. Stąd ta jej cała ciekawa przeszłość. Kilka zawodów z jakże odmiennych dziedzin, wielorakie hobby, mnogość społecznych projektów w których uczestniczyła, ogrom unikalnych wspomnień, którymi można by obdzielić conajmniej trzy standardowe życiorysy. Tyle barwnego i głęboko przemyślanego, stylowego i arcyciekawego hałasu, żeby zagłuszyć cichutkie kwilenie przeszłości! Ba, Annabe pomyślała, że Prototyp była wręcz mistrzem, bo ten brzęk niepokoju potrafiła zagłuszać nawet ciszą, ciszą medytacji. Cóż za wyrafinowane metody autooszukiwania.

Zawsze też miała rację. Choć często wolałaby, że jej nie mieć, szczególnie wtedy gdy okazywało się, że ktoś jednak zdradził, ktoś inny jednak okazał się kłamcą, że w czasie wakacji jednak padał deszcz, a świat jednak zmierza ku zagładzie.

Annabe pomyślała, że zawsze jednak można spróbować coś zmienić..

00:29, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 maja 2007
Annabe i cierpliwość

I tak na przykład Prototyp sądziła, że jest cierpliwa, wnioskując na podstawie tego, że całe życie cierpliwie czekała, aż jej oprawców opadną spontaniczne wyrzuty sumienia, i odstąpią od swoich oprawczych czynów. Na zasłużoną przez nich karę boską nie czekała, bo to to już nie cierpliwość tylko naiwność, a tę z kolei ćwiczyła na innych rzeczach. W sumie trzeba przyznać, że poniekąd się doczekała - tuż przed zwarciem, Prototyp otrzymała swoją wyczekaną nagrodę, oprawcy bowiem przeszli operację neurochirurgiczną, w wyniku której zreformowały im się trochę poglądy. Zaczęli dzięki temu stosować środki przemocy niebezpośredniej, zdecydowanie bardziej zaawansowane psychicznie. Przynajmnej zaczęło to wyglądać trochę elegancko, a to już coś.

Annabe tez więc początkowo sądziła, że jest cierpliwa. Odziedziczyła po Prototyp całe mieszkanie wraz z wyposażeniem, to oczywiste, że zaczęła je przeglądać, sortować i układać, żeby się trochę o sobie dowiedzieć, a tu...sterta rozpoczętych testów psychologicznych, rozpoczętych list afirmacji oraz list pobożnych życzeń rosła z chwili na chwilę. W dodatku całe mieszkanie usłane było porozpoczynanymi projektami - mozaiki, rysunki, teksty piosenek, reportaże, kolaże, przerabianie ciuchy.. Z jednej strony to Annabe zaimponowało - trzeba przyznać, że Prototyp była wszechstronna, z drugiej jednak strony trudno powiedzieć, żeby świadczyło to jakoś dosadnie o jej cierpliwości..

Słownik rozwiewa wątpliwości: 1) znoszący ze spokojem przeciwności lub przykrości; 2) umiejący wytrwale czekać. Annabe spojrzała we wspólną pamięć. 2) jeszcze sie mieści, ale 1)...?! Znoszący ze spokojem przeciwności... Prototyp była wybuchowa jak rozregulowana bomba z opóźnionym zapłonem. Wytrzymywała przeciwności stosunkowo długo, ale jak już pękła to zazwyczaj nieobliczalnie, i w dodatku absolutnie nie w kierunku źródła irytacji. Jesli zaś chodzi o przykrości..tych z kolei kompletnie nie umiała znosić ani od ludzi, ani od losu. W obu przypadkach zamykała się w sobie i w nichości-złości fukała w kącie, na zmianę ze szlochaniem.

Pobieżna analiza wykazała, że z cierpliwości to Annabe dostała w spadku co najwyżej cierp. Cóż...przynajmniej w cierpieniu Prototyp była naprawdę cierpliwa.

Annabe postanowiła więc tę specjalizację nieco poszerzyć. Począwszy od tego, żeby doczekać spokojnie do spotkania z Dr Psychol..

21:00, ajszczurka , annabe
Link Komentarze (5) »
powód Annabe

Annabe jest konieczną konsekwencją; przedłużeniem procesu; ulepszoną wersją prototypu. Powstała równie spontanicznie jak wiosna za oknem, tylko jest mniej zmienna. Całe zresztą szczęście, bo prototyp humarzasta była aż zanadto i wykorzystała cały przydział na to wcielenie.

Annabe jest trochę jak tabula rasa. Jej celem, powodem, ale i zadaniem, jest sprawdzenie w praktyce wszelkich dotychczasowych definicji. Bo wygląda na to, że prototyp poważnie się zapędziła w definiowaniu, autodefiniowaniu, redefiniowaniu, aż się w końcu wypaliła z tego wszystkiego.. A Annabe jak Feniks z popiołu powstała, z takim tylko zastrzeżeniem, że powstała z czego innego właściwie.

20:07, ajszczurka , annabe
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5